Minęło trochę czasu. Nie było tak źle. Ogarnęłam materialny syf wokół siebie z nadzieją, że ten stan utrzyma się jak najdłużej. Za parę dni będzie już idealnie. Przynajmniej w moich czterech ścianach. Zabrałam się za pozostałą część "domu". Już tak nie cuchnie rybą i wilgocią.
Jednak patrząc w lustro nadal widzę kościste widmo o szarej cerze. Od jakiegoś czasu praktycznie nic nie jem. Może trochę chleba, kiedy wytrzepię z niego mrówki. Do tego jakiś twarożek, nie jestem pewna, ale chyba ten ostatni był po terminie. Ostatniej nocy spałam dwie godziny, na podłodze z kotem. Było wygodniej niż na ześmierdłym materacu.
Mimo, że w moich oczach jest lepiej mój anioł coraz częściej choruje. Dyszy. Wypadają mu pióra. Tona białych, lekkich piór unosi się w moim pokoju. A jeżeli on znika i ode mnie odejdzie? Tak długo był przy mnie i mnie wspierał.. Dziękuję?